Wrak Race, czyli jak wyparować amortyzator:)

Zwykłem pisać posty po pierwsze bezpośrednio po "czymś", i w towarzystwie kawy.Tymczasem od wydarzenia, które zamierzam zrelacjonować, mija właśnie 3ci tydzień, a zamiast kawy po prawicy mej stoi...herbata.
Pierdolić konwenanse:)

W zasadzie historię trzeba zacząć od pewnego mroźnego styczniowego popołudnia roku 2013, kiedy to wybraliśmy się w składzie mocno nierozważnym (bo kto jedzie na 15-to stopniowy mroź stać jak kołek?) obejrzeć nowe zjawisko na polskiej ziemi, jakim jest Wrak Race. Jak działa Wrak Race i jakie są jego zasady opisywaliśmy szeroko ponad rok temu, więc nie będę się powtarzał, tym bardziej że niniejszy tekst będzie prawdopodobnie  i tak zbyt obszerny, ażby ktokolwiek dotrwał do jego końca.
Tak też jeżeli ktoś ma ambicje przeczytania tej opowieści od deski do deski, proponuje zaopatrzyć się w półlitrowy zapas kawy, herbaty, a najlepiej piwa:)

Patrząc na walkę dogorywających samochodów na śniegowo lodowym torze, przypomniały mi się jedne z najpiękniejszych chwil dzieciństwa, czyli dzień kiedy pierwszy raz zagrałem w grę Carmageddon:P
Tak, rozpierdol to było coś co pasjonowało mnie od najmłodszych lat. Zawsze rozkręcałem samochodziki, czołgi, helikoptery etc etc które tata, w tych trudnych czasach, w jakiś sposób dla mnie zdobywał. Należy dodać, że do demontażu zabawek podchodziłem z wielkim zapałem, jednakże ponowne złożenie tychże (o ile było w ogóle możliwe) raczej pozostawało w gestii mojego taty. I tak sobie tłukłem te "matchboxy" tworząc konkursy wytrzymałości. Pamiętam że najmocniejsza była angielska taksówka! więc brytole się nie mylą:P
Wszystko to wróciło w jednej chwili i przerodziło się w "chitry" plan pozyskania od jakiegoś dobrego człowieka samochodu nienadającego się do naprawy, jednakże działającego na tyle dobrze, ażeby był w stanie rozbić inne auto i z radośnie wydobywającym się dymem z wydechu odjechał dalej.
Trwało to ponad rok, ale w końcu się udało. Dzięki uprzejmości Anety mogłem z dziką przyjemnością narażać życie swoje, i innych ( o tym potem Przemku:P) ku uciesze tłumu gapiów i ku zmartwieniu osób nam bliskich!  :)
Samochód ów był solidną niemiecką konstrukcją...gdy wyjechał z fabryki:P Pięciodrzwowia Corsa zaskoczyła mnie wieloma rzeczami. Między innymi tym, że posiadała nie najgorszy silnik 1400ccm, który dawał możliwość snuć szeroko zakrojone plany wyścigowe.
Zaskoczyła mnie też tym, że korozja pochłonęła ją bez reszty. Do tego stopnia że pod fotelem pasażera doszło do powstania dziury wielkości oceanu atlantyckiego, a nad mocowaniem wahacza braki w blacharce wyglądały jakby powstały na wskutek uderzenia asteroidy! Tak czy inaczej byłem w 7mym niebie wiedząc że mamy samochód, i można nim startować:D
Po krótkim przygotowaniu samochodu do walki, polegającym głównie na jego odelżeniu, nastał czas błogiego oczekiwania na wyścig. W międzyczasie doszło do kilku irytujących sąsiadów testów, a także do zawiązania się całodniowego grilla i debaty co nam odpadnie pierwsze, głowa pilota czy tylne koło lewe?:)

Niestety na wskutek rozmaitego zbiegu nieszczęśliwych okoliczności musieliśmy, nie do końca zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa, dojechać do Krakowa na wyścig na kołach. Biorąc pod uwagę wygląd, oraz stan techniczny i prawny Opla, jedynym rozsądnym rozwiązaniem było udanie się na miejsce pod osłoną nocy. Akcja rozpoczęła się równo o 5:00 , kiedy policja jest najmniej aktywna.I tutaj mała retrospekcja
Wsiadając do przygotowanej Corsy nozdrza me dotkliwie poraził zapach używanego dzień wcześniej do mycia nadwozia...denaturatu, którego geste opary wydobywały sie z pozostawionych nieopacznie dnia poprzedniego szmat.
Wszystko przebiegało pomyślnie, aż dojechaliśmy do przedmieść Krakowa. Silnik przerywa! Jedziemy z jakaś tam prędkością, jednakże pryz głębszym przyduszeniu pedału akceleratora silnik odmawia należytej współpracy.
Kontynuujemy jazdę z prędkością mniejsza od dopuszczalnej, ażeby samochód dojechał na miejsce. Zapach Denaturatu ciągle otępia zmysły, a przez nie szczelności nadwozia niemal zamarzamy bo na zewnątrz jest zaledwie +1! Wskaźnik poziomu temperatury silnika chyba śpi, wskazówka przystanęła na wartości około 40stopni Celsjusza i nie śmie drgnąć. Brak płynu? Czujnik padł? Przecież na "testach, spokojnie dogrewalismy motor do 90 stopni.... Po godzinie niepewności docieramy w koncu na autodrom, gdzie Corsa ma dokonać żywota. Wiemy, że nie mając lawety nie będziemy mogli odjechać poobijanym samochodem do domu.
 Przybywamy jako pierwsi, tak też jako pierwsi losujemy numer startowy. Numer 9! Jedziemy w pierwszym wyścigu kwalifikacyjnym! Nie było to według mnie korzystne, gdyż na szutrowym torze mogły sie znajdować ostre elementy, mogące przebić oponę. Uważałem że najlepiej bedzie jechac w wyścigu drugim, kiedy luźny szuter nie będzie do końca wymieciony a ostre kamienie będą jeszcze zasłonięte oraz kiedy ewentualne fragmenty mogące zagrozić naszym oponom będą już gdzies na zewnętrznych rubieżach toru. Trudno, los tak chciał.
Razem z mym kuzynem Maćkiem, który towarzyszył mi przez całą droge do Krakowa, przemierzamy kilkakrotnie tor piechotą, obserwując nawierzchnie i zapamiętując newralgiczne miejsca. Przy okazji zauważamy, że Corsa wygląda mało efektownie wśród coraz liczniej zjeżdżających na tor samochodów. Na szczęście dzien wcześniej, Przemek sprzątając po grillu wrzucił wszystkie możliwe farby w sprayu do miejsca po bagażniku w Corsie. Posiadając krwisty czerwony spray, malujemy wzór ociekającej krwi na całym samochodzie. Teraz jest lepiej, wzbudzamy grozę:P hehehe
Zmieniamy także miejscami lekko sfatygowaną przednia prawą oponę z o wiele lepiej wyglądającą tylną prawa. W końcu lepiej mieć kapcia z tyłu, niż z przodu.
Nieco przed 9 na tor dociera reszta ekipy razem z moim pilotem. Przemysław byl tak łaskawy i zgodził się zasiąść w Corsie na miejscu niewdzięcznym. Troszkę powyżej wymienionej wcześniej dziury w podłodze:P

Po kolejnej godzinie tułania się po autodromie i snuciu rozmaitych scenariuszy wyścigowych nadeszła godzina "0". Ustawiając się na starcie oglądamy z kim przyjdzie się nam tłuc. Tuż po prawej mamy Skode 120. Szkoda, auta z takim stażem już nie powinny byc dopuszczane do rywalizacji. Lepiej dogorywającą sztukę rozebrać na części i dać szanse uratowania innego egzemplarza. Ze stawki zapamiętałem także Fiata Uno i Forda Fieste, które w sposób bezpardonowy dawały znać o swojej obecności podczas wyścigu.

Okrążenie zapoznawcze powolne. Za wolne, nie dało sie ocenić wiele poza głębokością szutru i kałuży, która pieszo wyglądała groźnie a na kołach pokonaliśmy ją niemal jej nie zauważając. Inaczej było z usypana przez organizatora hopką. Najechaliśmy ją delikatnie i.... już myślałem że pozbyliśmy się wydechu na odcinku katalizator-do końca:P

Stoimy na starcie po wewnętrznej stronie toru. Nie widzę sygnalizacji świetlnej dającej znak by ruszyć. Z tyłu dobiega naszych uszu, przez nielegalnie otwartą szybę, szybko rzucone z ust kierowcy Mondeo combi "ja pierdole" i start!
Ruszałem na "dwa razy", gdyż kierowca przede mną zapomniał sobie że to wyścig i ruszył jak spod świateł w warszawskim korku przytrzymują mnie lekko. Na dzien dobry sekunda w pizdu...W pierwszym zakręcie trzymamy swoją pozycję jadąc spokojnie pomiędzy Fiatem Uno a Skodą 120 nie rozpychając się przesadnie. W drugim zakręcie, pomimo że był bardzo szeroki, nie zmieścimy sie w trójkę. Rozciągam więc nieco tor jazdy i wywożę załogę Fiata nieco poza tor odciskając im na prawych drzwiach lewą lampę Corsy. Tracę troche do Skody, ale z racji tylnego napędu i słabszego silnika mam nadzieję że nie będzie ona liczącym się graczem. Wpadamy w kałuże tuż za rozpędzona Skoda, brudna brązowa woda zalewa naszą przednią szybę. I w tym momencie okazało się żę nie mamy płynu w zbiorniku spryskiwaczy:D Nie widzimy niemal nic przez cały długi prawy zakręt i jakieś 50 metrów prostej bezpośrednio za nim. W końcu wycieraczki zebrały zastygające błoto i stajemy twarzą w twarz z problemem zbliżającej się w naszym kierunku hopki. Przyduszam gaz do końca i szarżuje:P jakiś głos po prawej zawołał najpierw "wolniej" potem "o kurwa" a potem "ja pierdole" :)Fakt, wyrzuciło nas w powietrze troszkę za mocno i wylądowaliśmy na przednim zderzaku, co nie było tak dotkliwe dla naszych organizmów jak nagłe wylądowanie tyłu chwilę potem. Naszczeście amortyzatory trzymały się jak narazie nieźle, wiec nie podskakiwaliśmy radośnie po wylądowaniu, jak 5cio latek z lizakiem, i atakowaliśmy dalej.

Z okrążenia numer dwa pamiętam zacięta walkę z Golfem II, i to jak w wspomnianej juz wczesniej kałuży, za posrednictwem opon i momentu obrotowego ww Golfzawalił nam cała przednią szybę poważnej gęstości błotem. Wycieraczki nie dawały sobie rady z gęstą mazią i przez 1/3 długości toru nie widziałem nic przez szybę przednią wspomagając się widokiem z szyby bocznej, która nie należała do najczystszych jednakże dawała minimalną możliwość ujrzenia ludzi. A tam gdzie ludzie, tam sie nie jedzie:P
W pewnym momencie pilot powiadamia mnie, że wskaźnik temperatury znajduję się juz grubo powyżej 100stopni! Silnik, jak już wspominałem do  Krakowa na trasie przeszło 80ciu kilometrów pozostający zimny niczym głaz narzutowy w lutym, teraz nagle w 10 minut postanowił się zmienić we frytkownice..... Nie było dobrze... W pewnym momencie pojawił się w kabinie dym i byłem juz przekonany, że nie dojedziemy do mety mając jednocześnie nadzieje że nasza  Corsa zakończy żywot jako pędząca kula ognia . Jak juz kończyć to spektakularnie!!

RYP!! Tak, nie posłuchałem głosu rozsądku z prawej strony i pomimo pewnej i nie zagrożonej dobrej pozycji czerpałem garściami z mocy oferowanej mi przez przegrzewający się, lecz ciągle doskonale pracujący, silnik 1.4... i wpadając w zakręt dokonałem "nagłego rozszczelnienia ogumienia na kole prawym przednim". A to dopiero połowa dystansu!! Teraz z brudną szybą, dymem w kabinie, kotłownią pod maską i przebitym kołem na przedniej osi musimy jechać 15 minut.. Wibracje jakie towarzyszyły dalszej podróży po odsłoniętych głazach toru niemal powodowały odrywanie się ścięgien od kości. 5 minut później naszych uszu, tzn moich bo Przemka kask był dość hermetyczny, dobiega radosny brzdęk gołej felgi o bazaltowe kamulce. Kowalstwo artystyczne się zaczęło, niemniej jednak zblokowana na feldze opona daje ciągle opór i możemy podróżować z prędkościami niewiele mniejszymi niz ze sprawnym kołem, nie mieląc radośnie w miejscu gołą felgą.
Kolejne okrążenia to serią uderzeń i szturchnięć a to z lewej, a to z prawej czy też w płaszczyźnie pionowej po lądowaniach z hopki. Raz także bardzo mocno od tyłu kiedy cofaliśmy po niezbyt ładnym zachowaniu z naszej strony polegającym na szturchnięciu Forda fiesty w taki sposób, że stanęła do nas przednimi lampami. Wsteczny, gaz i w tym momencie nadjechał z tyłu Fiat Uno, demolując nasze kręgi szyjne:)

Właśnie. Obrażenia wyścigowe. Nie ma co ukrywać że parę wystąpiło. Osobiście oberwałem w lewe kolano za pośrednictwem Fiesty, a także do dziś dnia odczuwam ból spowodowany bliskim kontaktem z Golfem II:) Przemek ucierpiał nieco bardziej i jego obrażenia miały charakter ogólnoustrojowy albowiem Przemka bolał...Przemek:)

Koniec wyścigu kwalifikacyjnego.
Czas na oględziny tego co z Corsy pozostało. O dziwo po wyjściuz samochodu okazuję się że nie jest tak dramatycznie jak sądziliśmy! :) Lewa lampa przednia nosi ślady ataku na Fieste. Prawe drzwi dumnie prezentują szramę zadaną przez Golfa, a felga została wypolerowana na piękny srebrny kolor i wykuta na coś co swym kształtem przypominać może kwiat. Z opony pozostała kupka drutów i nadpalonej gumy, a spod maski delikatnie dobywa się dym. Szybka wymiana koła była możliwa dzięki uprzejmości kolegów współzawodników, którzy w duchu sportowej rywalizacji użyczyli nam klucza do kół i lewarka, gdyz nasze wypadły przez dziure w bagazniku podczas wyścigu.
 Jeszcze nie znamy wyników, ale czuje że pojechaliśmy dobrze  i nastawiam się na to, że pojedziemy w półfinale. Wtem zaglądając do wnętrza kabiny Maciek zauważa, że fotel pasażera trzyma się podłogi dzięki jakiejś nieznanej magicznej sile, i w zasadzie to Przemek był o krok od spadnięcia razem z nim na trasę.. Byłoby to, delikatnie  mówiąc, niekorzystne dla niego i jego zdrowia.

Są wyniki! Jesteśmy w półfinale! Szybko reanimujemy co się da w samochodzie. koło już mamy zmienione, teraz zaglądamy pod maskę, która przed otwarciem trzeba było jednak nieco wyprostować, gdy z stawiała opór. Płynu chłodniczego brak a olej zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Dolewam lir oleju mineralnego, który roztropnie zakupiłem na dolewkę, jednak bagnet dalej suchy niczym żart Strasburgera. Wpadam w histerie i poganiając Przemka wyciągam  na stację benzynową. Oleju nie kupuje, kosztu wyjazdu itak sa juz spore i może ten litr wystarczy na bieg półfinałowy który trwa zaledwie 15 minut. Zabieramy ze sobą 10 litrów wody na potrzeby chłodzenia silnika i uzupełnienia zbiornika spryskiwaczy. Nabyliśmy także piwa sztuk 2:)

Po wlaniu kilku litrów okazuję się ze zbiornik spryskiwaczy jest w sposób daleko idący rozszczelniony:)
Ok, nie ma tragedii, tor juz wysechł, a  szyby umyjemy ręcznie. Wlewam wode do układu chłodzenia... leje...leje...leje kurwa gdzie ta woda? odpuszczam. Dolejemy przed wyścigiem żeby chociaz na chwile silnik miał jakis wymiennik ciepła inny niż powietrze:)
Niestety na wyścig półfinałowy czekamy 5 godzin... o wiele za długo i juz wszyscy mają dość. We mnie zbiera agresja, której jak się później okaże dam upust na torze.
Maciek urywa przedni zderzak w obawie przed jego do reszty odpadnięciem i możliwym jego zablokowaniem się pod silnikiem.
Start blisko, dolewam brakujące litry wody i udaje się nam zlokalizować źródło utraty płynu chłodniczego. Sparciały wąż biegnący do chłodnicy, tuż przed nią właśnie, rozszczelnił się całkowicie i woda nie wycieka, a wręcz wylewa się. Spojrzenie na Przemka, wybuch śmiechu i już wiemy że scenariusz z pędzącą kulą ognia jest prawdopodobny. Pojadę z litrem oleju i paroma kroplami wody w układzie chłodzenia, który wyparuje po 5minutach,, a pilot zostanie na zewnątrz samochodu gdyż jego miejsce odpadło:) Thats the spirit!:D


Już. Ustawiamy się do startu, a mi przez przypadek przypadło Pole Position, i to po wewnętrznej pierwszego zakrętu:D Dar od losu.
Koledzy znowu przysnęli na starcie przez co straciłem z nimi kontakt juz na początku wyścigu. Jade delikatniej, szanując to co mi zostało do jazdy, i pomimo tego zaczynam dublować zawodników z końca stawki. Wdaję sie w zbędną walkę z Golfem, znanym mi z pierwszego wyscigu i  musze przyspieszyć. Wskaźnik temperatury silnika błyskawicznie osiąga pole czerwone. Później na jednym z szybkich zakrętów uszkadzam coś w przednim zawieszeniu i auto staje sie niesterowne.
Ciaglę prowadzę, ale jazda staję się udręka. Nie wiem dokładnie w którym miejscu, ale pozbywam się także  lewego tylnego amortyzatora wraz ze sprężyną. Wyrwało je i nie ma ich fizycznie przy samochodzie. W miejscu mocowania amortyzatora prezentuję sie spora wyrwa:) Wrak Race pełną gębą! W takim stanie zawieszenia przejazd przez hope owocuje uroczym pierdolnięciem na ziemie, by przez kolejne 10 metrów podskakiwać niczym kangur. Czuję tez że i mój fotel odrywa się od reszty samochodu i robi się nieprzyjemnie. Ale nadal prowadzę!! Wokół trasy migaja mi znajome twarze, i mysle dlaczego Przemkowi pozwolili wejść na tor robić zdjęcia...
...
...
koniec... wyjechałem z lewego zakrętu kończącego okrążenie i silnik przestaje reagować na cokolwiek. Temperatura wewnątrz samochodu olbrzymia, a spod maski wydobywa się biały dym. Pomimo pierwszego miejsca muszę zjechać z toru i odpuścić. Szkoda bo do końca pozostały zaledwie 4 minuty rywalizacji.

Rozbita Corsa zostaję w Krakowie na odludziu, skąd zaraz po zakończeniu zawodów powędruje do huty. Przyznam, że pomimo krótkiej z nia znajomości cięzkomi się z nia rozstać i odwracam się kilkakrotnie schodzac z kaskiem w reku z toru.


Świetna zabawa dobiegła końca.
 Długo będę wspominał ten emocjonujący dzień. Pomimo braku sukcesu zabawa była przednia. A ponieważ tekst jest długi , pominę wydarzenia mające miejsce po wyjściu z autodromu:)