Hej. Jak widać, zmienne nastroje pogodowe udzielają się autorom tego bloga. W sumie to nie udzielają się bo ich nie ma. A gdzie są zapytacie ? Każdy gdzie indziej a reszta którą staram się namówić do napisania czegoś od siebie jest niedysponowana lub też woli wklejać coś komuś, i czerpać z tego notoryczną radość jakby to był własny twór - czyli kupa.
Każdy jakieś hobby ma i mam nadzieje że członkowie tego oto bloga w końcu coś napiszą od siebie bo wiem, że potencjał mają, potencję chyba też. Chyba bo nie widziałem ale na chorych nie wyglądają. Hobby i styl życia może być różny, i nie każdemu może coś pasować w odmiennym stosowaniu wolnego czasu, a że to własny ciężko wypracowany wolny czas nie można się narzucać z własnym planem. Co prawda rozstrzygając, urocze i upojne smęcenie się po korytarzach TESCO z hotdogiem w buzi i na koszulce a urocze również zastanawianie się czy się nie spadnie z tej drabiny do tego wodospadu, wypada że wynik z hotdogiem jest nudny jak i cały niedzielny dzień w Tesco. Potem opowieść dnia w pracy wygląda w sposób nużący - wiesz fajnie było, w Tesco chłodno i te no wiesz te bułki z parówką my jedli, kurwa za 3,5 no powiem CI opłaca się a raczej nie opłaca się gotować...
Konrad się gdzieś zakamuflował i chyba w końcu coś napisze bo głowę ma pełną pomysłów, a może w swym nagłym przypływie chęci napisania czegoś odniesie się do tego czy zdanie egzaminu prawa jazdy było przygodą na miarę poświęcenia czasu dla posiadania niezwykłych umiejętności - oczywiście jak już wyjdzie z siłowni gdzie mnie zabiera już od miesiąca - postanowiłem zginąć przytrzaśnięty czymś zwanym sztangą.
Liczę też, że szanowny redaktor Wojnaro - Piwaro spisze relacje z wyścigu górskiego na który się wybrał, i oczywiście wyjaśni dlaczego i kto na tym zarabia, i jak wiele z tego mają kibice. No mają tyle ile sobie kupią w sklepie - alkoholu. Taki urok. Tak nasuwa mi się pewna anegdota chyba powtarzana w "Niebie" tam na górze. Widzisz Św. Piotrze tam tych na dole ? Tak. To Polacy ?Tak a co ?A nie poznałem jacyś tacy trzeźwi. Trudno się dziwić, jak sam od czasu do czasu przez przypadek nacisnę przycisk i okaże się ,że lecą wiadomości z kraju po czym nagle pragnę się napić czegoś abym tylko o tym zapomniał. A rano patrząc na w TV ( rzadko ) uznaje, że oni chyba sami tam coś piją.
Tydzień upłyną aktywnie. Ale bez rozmnożenia. Stan składu ignition w normie. Czyli w dupie - kto ma dupę może być członkiem. Hmm wyszło trochę jak zagadka taka. Po co w ogóle powstało to coś na I ? Po nic. Po prostu chcesz z nami iść w góry ? W żagle ? W coś tam. TO chodź pokażemy CI, że można spotkać się i spędzić czas w formie innej niż bułka z ciepłym psem w supermegamarkecie. Tak wiem, wiem nie każdemu pory odpowiadają, ale to już tak jest, że to i tak ja zorganizuje i zabieram ludzi a nie ludzie organizują i zabierają mnie. ( Ciekawe nie ? ) Organizują nie onanizują zboczeńcy !! ; )
W środę samotny wypad we dwoje na romantyczne spotkanie z muchami na kobiecej górze. Jakoś chyba nikt nie chciał się wybrać. Babia chyba za bardzo oklepana, a może upał wszystkich przestraszył. Marian pseudonim artystyczny MAriusz lub Hesus , dał radę, w sumie chłop daje zawsze rade jak mało kto - wartościowy człowiek. Poranek nie udał się za bardzo bo już o 6 okazało się ,że dzień wcześniej, źle podałem godzinę startu. Na szczęście Hesus nie spał tylko czuwał. Po drodze, czas umijały nam pogawędki o życiu lub też czasem jego braku. Na parkingu w Zubrzcy pustki. Oprócz Pana pobierającego opłatę za parking. Jak zawsze 10 pln oraz wywiad co gdzie i czy nie zażrą nas niedźwiedzie. Okazuje się ,że z uwagi na katastrofę lotniczą żółty szlak zamknięty. A tym akurat chcieliśmy iść. Najgorsza część wyjścia na Babią to ten odcinek z przełęczy Krowiarki do początku żółtego szlaku. Mariusz opowiedział mi po drodze wszystkie książki z krótką recenzją - będzie w czym wybierać na sezon zimowy ; )
Faktycznie tabliczka - żółty szlak zamknięty. Ale nie napisali, że dla ludzi więc uznaliśmy ,że to o niedźwiedzie znowu chodzi po poszlimy. A za nami kur.... muchy i muchy wszystkie z lasu. Pomyślały sobie, tak ciepło, pewno co najmniej ten siwy padnie tam i zdechnie to se go zjemy. I chciały mnie zjeść, albo zlizać chyba bo za bardzo to nie siadały, nie gryzły, tylko jak sępy krążyły i krążyły. Nawet nie przestraszyły się jak Hsus wyciągnął napój, a ja myślałem że to trucizna na muchy. Ale smak dobry, sam cukier i glutaminianin oraz sodonim z reszta na emulgatorów. Sam zółty szlak nie jest jakoś wymagający, ale zmęczył mnie porządnie, duchota i muchy zrobiły swoje.
Każdy kto na Babiej był wie, że wszędzie nie wieje a tam tak. I to czasem z siłą huraganu. Każdy kto na Babiej był wie, że wszędzie świeci słońce a tam chmura. Tak też tym razem opcja 2 została wybrana przez Diablaka. Na górze wypiliśmy napój o smaku piwa z muchami oraz porobiliśmy piękne zdjęcia chmury.
Przemysław w swym geniuszu intelektualnym stwierdził na parkingu " a nie boli mnie już kolano to nie będę zakładał tego tam z szynami. " Tak też okazało się potem ,że się nie da mi iść w dół a ketonalu brakło ;)
Moc Hesusa też nie podziałała, do dołu starałem się nie piszczeć co krok, piszczało za to kolano. Udało nam się wrócić do Kozowa na 15 :) Upał niemiłosiernie okazywał się doskwierać w dolinach.
W czwartek kontrola pogody zespołu radości twórczej różnych idiotycznych pomysłów IGNITION potwierdziła, że okno pogodowe w sprawie Rozsutca jest korzystne. CI którzy mieli ochotę powiedzieli tak. A reszta miała tam swoje Carpe Diem czy Karpiem zjem Lub Duszkiem popijem. W sumie ja wiem nie każdy może sobie tak spontanicznie nagle wziąć urlop na żądanie lub nagle dostać sraczki. Rafał dostał urlop ;) Żeby nie było. Ekipa i skład ? Same chłopy, czyli wiadomo będzie jak będzie. Szczególnie tym jadącym z tyłu w trójkę taki mały intymny świat i plus 30 stopni ;) Spóźniliśmy się z PAwłem do Kozowa gdzie czekali na nas Rafał i Mateusz Sporyszem zwany znani górscy wszędochodzy. Spóźniliśmy się bo nie było w Tesco bułek, i tak trochę jak zagubieni w Lostach, zabrać czekoladę lub piwo albo nie . I się półgodziny zrobiło.
Po drodze jeszcze Kęty gdzie o dziwo na przystanku "Bułki" już były a dokładnie Tomasz nasz umiłowany kursant wraz z drugim który był chory chyba bo się mu wstać nie chciało ręki podać. Życzymy zdrowia ; )
Kurs na --- no właśnie gdzie ? GPs zwariował a pamięć zawiodła . Oczywiście wysoki stopień zaufania do kierownika wycieczki był tak wieki, że mógłbym wszystkich wywieźć do lasu i zostawić ;)
Po 2 godzinach dojeżdżamy na parking przy wielkiej tablicy ROZSUTEC ; ) Rubaszny pan z parkingu podchodzi wita się i tak dokładnie tak chcę dwa EURO ;)
Mamy dajemy, jeszcze tylko Przemysław się opancerzy i idzemy raźnym krokiem, patrząc w chmury gdzie szczy na nas już okiem łypie. Ktoś z tłumu rzucił oho kurwa Mordor. Ostatnie dobre wskazówki - ktoś zabierze może apteczkę ? TO ja sobie wezmę jak spadnę to się od razu opatrzę /; ) T W tym momencie chciałem powiedzieć ,że ekipa tego dnia była bardzo fajna i słabsze osobniki czyli ja nie czuły się osamotnione jak szły ledwo. Każdy na każdego czekał i nikt nie robił z tej wyprawy wyścigu. W sumie kluczyki miałem ja to może temu ; )
TO co wydawało się z dołu strasznym podejściem, dość szybko zmieniło swój charakter. Po godzinie jesteśmy na polanie gdzie się posilamy - dobrze że Rafał miał 10 bułek ( dobra chłopa nic ino brać ;)
Po odpoczynku i wyschnięciu koszulki idziemy dalej, z dołu trudno ocenić którędy szlak prowadzi. A prowadzi tak, że ja mam lęk wysokości. Ale podobno trzeba walczyć z własnymi słabościami. Słońce ostro pali a niektóre miejsca wymagają odrobiny podciągnięcia się na skałach lub na łańcuchach ale raczej bez trudu dla ludzi którym się kolano zgina ;) No i wspinanie się i robienie zdjęć nie idzie w parze jakby ktoś chciał wiedzieć ... Na szczycie pełno ludzi i trzeba przyznać ,że urodziwych Pań ze Słowacji też ; )
Wejście zawsze jest łatwiejsze w dół, zawsze gorzej. Po analizie szlaku wybieramy opcje przez kosodrzewinę a potem nudnym zejściem pomiędzy drzewami, powoli z daleko wyłaniał się Mały Rozsutec a z naprzeciwka nadciągali inni turyści - też urodziwi. Jedna była tak urodziwa ,że nasz członek grupy by stracił jedynki bo nie patrzył pod nogi tylko w "urocze odbicie duszy niewiasty" ;)
Kolejna polana i zaczynamy się zastanawiać gdzie są te wodospady i drabinki i jakieś coś tam jeszcze.
I nadeszły. Droga w dół wiedzie wąwozem, a właściwie to rzeką w wąwozie. Tak i płynie tam woda, plus te skały i gleba do zaliczenia jak nic. No ale zobaczcie sami. Pół godziny zabrało nam zejście do polany numer 3, pewnie temu ,że postanowiliśmy się umyć w tym strumieniu wody co zajęło chwilę, niektórzy członkowie okazali się zbyt wrażliwi na zimno powyżej pasa , ale zdjęć nie ma gdyż Wojnaro nie robi bo marzł ;P
Ostatni odcinek to 20 min spacer do parkingu gdzie został samochód i o jednym tyko marzyłem - jakiś napój o smaku napoju , co dane mi było - Dzięki Mateusz ;)
Wycieczka bardzo fajna bez pośpiechu z przygodami. Więc zostaw czasem te swoje Karpe zjem i się zapracujem a zamień na Have some ignition in life ;)
ps. przepraszam za literówki ale jestem idiotą więc nie dam rady inaczej....




























